O sposobach dążenia do szczęścia napisano już wiele. Co rusz wychodzi nowa pozycja księgarska, której autorzy doradzają nam jak żyć w duchu slow life, hygge czy minimalizmu.

Ja osobiście nie jestem zwolenniczką zamykania się w żadnych ograniczeniach i normach słownych.  I nie rozumiem jak można nagle (od mniej więcej roku!!)  nazywać swoje życie hygge gdy zdarzy nam się słuchać deszczu siedząc sobie w domu pod kocem, poczytać dziecku książkę na dobranoc czy iść na spacer. Kiedyś  to się nazywało „spędzić czas z rodziną”, „poleniuchować pod kocem” czy „zażyć świeżego powietrza kontemplując przyrodę”. A teraz to się nazywa hygge. Może się komuś narażę, ale wydaje mi się to śmieszne…

Z hygge nie jest jeszcze tak źle: to tylko kwestia przystosowania duńskiego nazewnictwa do zwykłych czynności, które w polskim języku nie brzmią tak  dobrze. Gorzej, jeśli na siłę chcemy żyć w jakimś stylu, tylko dlatego, że jest to modne, trendy i tak wypada. Jak na przykład slow life czy minimalizm.

Slow life w swojej definicji jest czymś naprawdę pożądanym. To dążenie do życia w równowadze między zaspokajaniem swoich potrzeb, a wykonywaniem koniecznych czynności, takich jak praca, działalność społeczna, itp. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wykorzystywanie tego terminu do tłumaczenia lenistwa, nieróbstwa, egoizmu czy braku odpowiedzialności. A tak niestety się stało, że zwolennikami tego nurtu najczęściej są osoby mało przedsiębiorcze, mało ambitne, takie, którym nic się nie chce…. Znowu się narażam i dlatego od razu przepraszam tych, którzy równowagę w życiu naprawdę znaleźli. Założę się jednak, że mają oni pracę pozwalającą im na życie na dobrym poziomie! Slow life jest wtedy bardzo prosty  do wprowadzenia w życie: wystarczy znaleźć kosztowne hobby, pojechać na daleką wyprawę, a w weekendy jadać w modnych restauracjach. Gorzej, jeśli wypłata nie starcza nam na podstawowe  potrzeby, trójka dzieci woła jeść, a po pracy trzeba dorobić…

A minimalizm? Hmmm… sama siebie uważałam za zwolenniczkę minimalizmu. A raczej klasycznego stylu. Minimalizm jest modny od dobrych kilku lat, a mój klasyczny gust trwa od dawien dawna. Problem polega na tym, że jakkolwiek lubię stonowane kolory, nie lubię przesady, nie podążam co sezon kurczowo za modnymi nowinkami, to jednak wizja posiadania w garderobie samych szarych płaszczy w jednym fasonie zdecydowanie mnie przeraża. Nie mówiąc o poradach w stylu: jak złożyć skarpetki, aby zajęły w szufladzie  jak najmniej miejsca.

Ostatnio wpadła mi w ręce książka pt. „Ikigai- japoński sekret długiego i szczęśliwego życia” (Hector Garcia, Francesc Miralles). Kolejna pozycja dyktująca o tym jak osiągnąć szczęście, kopiując innych, tym razem Japończyków- pomyślałam.

Jednak czytając ją miałam wrażenie, że przedstawia moje przemyślenia. Do tego stopnia, że nawet osłabł mój opór przed wpychaniem się w słowne szablony.

Nurt Ikigai zrodził się w Okinawie, miejscu gdzie jest największy odsetek stulatków. Fenomen ten zainteresował już wielu badaczy i różne były teorie na temat ich długowieczności. Jednak to co  łączy wszystkich mieszkańców Okinawy, to znalezienie pasji w życiu, ruchliwość i duża aktywność, ogromna wręcz towarzyskość i zdrowe odżywianie się. Normalnie cała ja!!! 🙂

Przez całe moje życie miałam wiele sytuacji, w których byłam proszona o opowiedzenie o swoim hobby. Zazwyczaj miało to miejsce w jakichś grupach, w pracy, podczas różnych wystąpień. Moi przedmówcy wręcz prześcigali się w wymienianiu aktywności, których nazw często nawet nie znałam: paralotniarstwo, skydiving, nurkowanie na rafach koralowych, sporty ekstremalne, wyjazdy golfowe do Francji z dziećmi, „zaliczanie” stolic wszystkich państw… Po czym wstawałam ja i mówiłam, że kocham czytać książki i spotykać się ze znajomymi. Gdy widziałam te uśmieszki, to zarzucałam sobie, że przecież mogłam powiedzieć coś innego. Przecież tyle już w życiu przeżyłam, tyle miejsc widziałam… Ale nie chciałam kłamać. Gdyż pomimo, że ja naprawdę lubię poznawać nowe rzeczy i naprawdę uwielbiam podróżować, to jeśli ktoś mnie zapyta co wolę: czytanie książek czy podróżowanie, to ja zdecydowanie odpowiem, że to pierwsze.

A jak to się ma do Ikigai? Mieszkańcy Okinawy znajdują przyjemność w prostych codziennych czynnościach, a wieczorami zamiast oglądać seriale spotykają się ze znajomymi i biesiadują. Dzięki temu, przede wszystkim mają mniej czasu na negatywne myśli, a jeśli mają problemy (bo kto ich niema?!!), to wiedzą, że dzięki licznym przyjaciołom nie pozostają z nimi sami. Zrozumiałym jest w takim razie, że nie spotykają się z nimi, aby pochwalić się najnowszym modelem samochodu, ale po to, żeby wspólnie pośmiać się, popłakać i wspierać się nawzajem jeśli jest taka jest potrzeba. Dodatkowo –jak piszą autorzy książki o Ikigai- jeśli mamy pasje i hobby, do których potrzebne są duże pieniądze, to nigdy nie zaznamy spokoju. Zawsze będzie nam towarzyszyć, ukryte w podświadomości przeświadczenie, że kiedyś możemy to stracić. A to z kolei przyczynia się do powstawania depresji, czy może być przyczyną innych chorób (raka), prowadzi do pracoholizmu (jeśli nie będę pracować więcej, dłużej, lepiej, podlizywać się szefom itd., to nie kupię sobie jeszcze większego mieszkania)  i innych nałogów. Nie chodzi o to oczywiście, aby nie korzystać z wszystkich przyjemności życia, ale o to, aby mieć ustalone priorytety co tak naprawdę jest ważne. Ja na przykład jakiś czas temu, pomimo kilku dobrych propozycji, obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wrócę do korporacji. I nie dlatego, że nie lubiłam tej pracy- bo lubiłam i wykonywałam ją z pasją, jak wszystko co robię. Ale dlatego, że zabierała mi ona całe moje życie, a dodatkowo wpływała na sposób życia po pracy, sposób wysławiania się (korpomowa 🙂 ),  przyjmowania pewnych postaw, na sposób myślenia. Daleka jestem od krytykowania osób pracujących w korporacjach gdyż do tej pory cenię sobie znajomości i przyjaźnie ze wspaniałymi ludźmi, które wyniosłam z poprzedniej pracy. Jednak kiedy zaryzykowałam życiowo nie przyjmując  kilku ofert, po pewnym czasie zrozumiałam co to znaczy mieć zajęcia, w których mogę wykorzystywać swoją osobowość, swoje talenty, gdzie mogę się rozwijać, a nie wtłaczać w schematy, a przede wszystkim gdzie po pracy jestem sobą, a nie panią manager z korporacji 🙂

Koleżanka, która również przeczytała tą książkę o Ikigai, zapytała mnie czy widzę sens w tym o czym mówi książka? No bo jak żyć i się niczym nie przejmować?? – zapytała. Zgadzam się –odpowiedziałam-to trudne! Ale czy kiedykolwiek spróbowałaś poniższych rzeczy, praktykowanych i polecanych przez mieszkańców Okinawy?? Są tak proste, że aż pomijamy je w życiu, nie dając wiary w ich cudowną moc:

img_7615

img_7618

img_7619

dsc_3684

dsc_3704

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress

Ta strona używa tzw. ciasteczek. Więcej informacji.

Ciasteczko (formalnie HTTP Cookie, w skrócie ang. cookie, tłumaczone czasem jako plik cookie) – mały fragment tekstu, który serwis internetowy wysyła do przeglądarki i który przeglądarka wysyła z powrotem przy następnych wejściach na witrynę. Używane jest głównie do utrzymywania sesji np. poprzez wygenerowanie i odesłanie tymczasowego identyfikatora po logowaniu. Może być jednak wykorzystywane szerzej poprzez zapamiętanie dowolnych danych, które można zakodować jako ciąg znaków. Dzięki temu użytkownik nie musi wpisywać tych samych informacji za każdym razem, gdy powróci na tę stronę lub przejdzie z jednej strony na inną.


Źródło: wikipedia.org


Więcej informacji: http://pl.wikipedia.org/wiki/HTTP_cookie

Zamknij